„Muzyka to najkrótsza droga do duszy.” — Ludwig van Beethoven
Każdy z nas nosi w sobie dźwięki, które nigdy nie zostały wypowiedziane. Emocje, których nie potrafimy opisać, pytania, które nie mają odpowiedzi. W moim życiu to saksofon stał się narzędziem, dzięki któremu mogę te emocje wydobyć na powierzchnię. Dźwięk, który tworzę w danej chwili, jest odzwierciedleniem mojego wnętrza. Nie potrzebuję słów, nie potrzebuję odpowiedzi. Wystarczy mi oddech i jeden ton.
Muzykoterapia: nauka, która porusza duszę
Muzykoterapia to nie tylko sztuka – to również nauka o głębokim oddziaływaniu dźwięku na ciało, umysł i emocje. Współczesne badania pokazują, że muzyka wpływa na wiele aspektów funkcjonowania człowieka: obniża poziom kortyzolu (hormonu stresu), synchronizuje fale mózgowe, wspiera regulację układu nerwowego oraz przyspiesza procesy neuroplastyczności mózgu – czyli jego zdolności do uczenia się i adaptacji.
Na przykład, badania przeprowadzone przez Thoma (2014) i Chanda & Levitin (2013) wykazały, że słuchanie lub tworzenie muzyki wpływa na aktywność struktur limbicznych, takich jak ciało migdałowate i hipokamp – odpowiedzialnych za emocje i pamięć. U osób cierpiących na depresję, lęk czy chroniczny stres, muzykoterapia okazała się skuteczną formą wspomagającej terapii, poprawiającą nastrój i zwiększającą poczucie dobrostanu (Koelsch, 2015).
Ale oprócz biologicznych mechanizmów, muzyka ma w sobie coś, czego nauka nie potrafi w pełni wyjaśnić. Coś, co dzieje się poza synapsami i neuronami. To moment, kiedy dźwięk nie tylko aktywuje fale mózgowe – ale wchodzi w rezonans z czymś głębszym. Z duszą.
Nie bez powodu starożytni Grecy wierzyli, że muzyka ma moc leczenia duszy, a filozofowie tacy jak Pitagoras twierdzili, że harmonia dźwięków odzwierciedla harmonię kosmosu. Współczesna psychologia może potwierdzić wpływ muzyki na układ nerwowy, ale jej tajemnicza zdolność do poruszania tego, co w człowieku niewidzialne – nadal pozostaje cudem.
Muzyka nie tylko odzwierciedla emocje. Ona je wyraża, oczyszcza, prowadzi przez nie. Gdy słowa zawodzą, dźwięk pozostaje. I czasem to właśnie on staje się mostem do uzdrowienia.
Improwizacja: muzyka z wnętrza
Improwizacja na saksofonie to nie gra z nut. To gra z duszą. Nuty są mapą, ale improwizacja jest drogą, która powstaje w trakcie chodzenia — niepowtarzalną ścieżką, której nie da się przewidzieć ani powtórzyć. Kiedy siadam, by zagrać, nie wiem, co się wydarzy. Ale wiem jedno: to, co powstanie, będzie prawdziwe. Autentyczne. Niewygładzone. Ludzkie.
Każdy dźwięk rodzi się z wnętrza — nie z techniki, lecz z emocji. Z radości, z gniewu, z poczucia straty, z zachwytu, z pytania, które nie ma odpowiedzi. Saksofon staje się wtedy nie tyle instrumentem, co przedłużeniem mojego oddechu. Mojego bólu. Mojego pragnienia, by coś wyrazić, zanim zniknę.
Improwizacja to dla mnie coś więcej niż ekspresja artystyczna. To codzienne wyznanie: „jestem tutaj”. Gdy gram, odsłaniam się. W dźwiękach, które płyną, nie ma cenzury. Nie ma scenariusza. Jest tylko obecność. I to szczególne uczucie, jakby ktoś — być może sam Bóg — słuchał.
W tym sensie improwizacja przypomina intymny dziennik emocjonalny pisany dźwiękiem. Albo modlitwę, która nie potrzebuje słów. Każda nuta jest próbą odpowiedzi na pytanie: kim jestem dzisiaj? Z czym się zmagam? Za czym tęsknię? I choć odpowiedź nigdy nie jest ostateczna, samo jej szukanie uzdrawia.
Być może dlatego tak kocham ten moment, kiedy wszystko na chwilę znika: obowiązki, przeszłość, przyszłość. Zostaje tylko ja i dźwięk, który właśnie się rodzi. Ten moment jest dla mnie przypomnieniem, że życie również jest improwizacją — nigdy do końca nieprzewidywalną, czasem pełną dysonansów, ale mimo to piękną, jeśli tylko pozwolimy sobie grać z otwartym sercem.
Improwizacja to spotkanie ze sobą, ale też z czymś większym. Może z duszą świata. Może z ciszą, która poprzedzała stworzenie. A może z tym, co człowiek zawsze próbował zrozumieć przez sztukę, przez muzykę, przez łzy.

Dźwięk jako regulator emocji
Muzyka to nie tylko odbicie emocji – to ich przetwornik, ich alchemik. Potrafi nie tylko odzwierciedlać to, co w nas – ale też przemieniać. Gdy jestem spięty, moje palce same sięgają po długie, ciepłe frazy. Delikatne glissando, miękki ton saksofonu – jakby ktoś gładził duszę od środka. W takich momentach czuję, jak napięcie zaczyna się topić, jakby ciało i umysł wreszcie mówiły do siebie tym samym językiem.
Ale są też inne chwile. Te trudniejsze. Gdy w sercu zbiera się chaos – gniew, smutek, rozczarowanie – wtedy pozwalam saksofonowi krzyczeć. Nie stroję go. Nie hamuję. Po prostu dmucham, szczerze, na granicy hałasu i melodii. I właśnie w tej surowości dzieje się coś niezwykłego: muzyka bierze emocje, których nie rozumiem, i wyprowadza je na zewnątrz. Nadaje im kształt. Pozwala im istnieć, a mnie – odetchnąć.
W psychologii mówimy o „regulacji afektu” – świadomym kierowaniu emocjami. Dla mnie ten proces nie zaczyna się w głowie, lecz w klatce piersiowej. W oddechu. W dźwięku. Saksofon staje się wtedy narzędziem autoterapii – jak lusterko, w którym widzę nie tylko to, co jest, ale też to, co może się zmienić.
Nie muszę wiedzieć, dlaczego to działa. Nie muszę znać nazw emocji, które wypuszczam. Wystarczy, że pozwalam sobie je poczuć. Przez dźwięk. Przez oddech. Przez chwilę pełnej obecności.
I nagle, w tej przestrzeni między jednym tonem a drugim, pojawia się cisza. Ale nie ta pusta. Ta dobra. Cisza, która zostaje po wybrzmieniu prawdy.
Saksofon jako narzędzie medytacji
Są chwile, kiedy saksofon staje się czymś więcej niż instrumentem. Jest mostem między świadomością a ciałem. Prowadzi mnie do miejsca, w którym nie ma już konieczności mówienia ani rozumienia – jest tylko obecność.
Każdy dźwięk zaczyna się od oddechu. Ale nie jest to oddech mimowolny, nieświadomy. To oddech intencjonalny – taki, który niesie w sobie życie, uważność i ciszę. Podczas gry nie mogę być nigdzie indziej. Jeśli moje myśli pobiegną w przód lub wstecz, muzyka to natychmiast zdradzi. Dlatego grając, uczę się medytacji bez siedzenia w lotosie. Uczę się wracania do siebie.
Rytm staje się wtedy rytuałem. Każdy wdech to zaproszenie, każdy wydech – ofiara. Z czasem przestaję być „kimś, kto gra”, a staję się przestrzenią, przez którą przepływa dźwięk. To stan przypominający to, co w psychologii nazywamy flow, a w duchowości – kontemplacją.
To właśnie podczas takich chwil zyskuję najgłębszy kontakt ze sobą i z Tym, co większe ode mnie. Nie proszę. Nie tłumaczę. Po prostu jestem. Czasami w bólu, czasami w pokoju, ale zawsze – naprawdę.
Może dlatego tak wielu ludzi odnajduje ukojenie nie w hałasie słów, lecz w prostocie tonu. Bo nie wszystko da się wyrazić językiem. Niektóre modlitwy trzeba zagrać.

Twórczość jako uzdrowienie
Wielu z nas nosi w sobie traumy, niewypowiedziane rany, emocje zamrożone w czasie. Twórczość, zwłaszcza tak autentyczna jak improwizacja, może być drogą do uzdrowienia. Nie musimy umieć grać na saksofonie. Wystarczy, że znajdziemy swój głos: może to będzie taniec, pisanie, śpiew. Chodzi o to, by dać emocjom przestrzeń.
Jak zacząć?
- Stwórz bezpieczną przestrzeń: samotny pokój, wieczorem, przy zgaszonym świetle.
- Weź oddech. Zagraj pierwszy dźwięk. Nie planuj niczego. Zaufaj sobie.
- Nie oceniaj. To nie koncert. To modlitwa.
Zakończenie: Każdy ma swój saksofon
Nie musisz być muzykiem, by przeżyć wewnętrzne oczyszczenie przez dźwięk. Niech to będzie Twoja modlitwa, Twoje spotkanie z sobą. W świecie pełnym hałasu i chaosu, znajdź te kilka minut na prawdziwe wsłuchanie się w siebie.
A jeśli masz saksofon — zagraj. Może nie dla innych. Może tylko dla Boga. A może tylko dla duszy, która od dawna czeka, by zostać wysłuchana.
Sebastian Jurasz-Cruz
Psycholog, pisarz oraz twórca kursów online o psychologii kreatywności i sukcesu, saksofonista z duszą poszukiwacza