Od dziecka uczymy się, że powinniśmy dążyć do szczęścia. Reklamy obiecują je w kolorowych obrazkach, media społecznościowe pokazują je w starannie dobranych kadrach, a kultura zachodnia podsuwa nam wizję życia jako nieustannej wędrówki ku kolejnemu punktowi pełnemu radości. Wydaje się, że istnieje jedna prosta formuła: „bądź szczęśliwy, a Twoje życie będzie spełnione”. Ale czy rzeczywiście? Czy szczęście to cel, do którego mamy iść, czy może tylko gość, który od czasu do czasu pojawia się w naszym domu?
Szczęście bywa kapryśne. Pojawia się nagle – w uśmiechu dziecka, w zapachu kawy o poranku, w spojrzeniu kogoś, kogo kochamy. Ale tak samo łatwo znika. Psychologia pozytywna pokazuje, że pogoń za nim często działa odwrotnie: im bardziej chcemy je złapać, tym szybciej się wymyka. To trochę jak z próbą uchwycenia motyla – jeśli gonimy go zbyt intensywnie, ulatuje; jeśli usiądziemy spokojnie, czasem sam spocznie na naszej dłoni.

Może więc szczęście nie powinno być naszym celem, ale efektem ubocznym innego poszukiwania – poszukiwania sensu. Viktor Frankl, psycholog i więzień obozu koncentracyjnego, pisał, że człowiek nie potrzebuje szczęścia, by przeżyć najtrudniejsze chwile, potrzebuje sensu. To właśnie poczucie znaczenia – świadomość, że to, co robimy, ma wartość większą niż my sami – daje nam siłę w momentach, gdy radość jest nieobecna.
Szczęście jest jak słońce – piękne i ciepłe, ale przecież noc też ma swoją mądrość. Kiedy gubimy się w ciemności, możemy odkryć gwiazdy, których nigdy nie zobaczylibyśmy w pełnym świetle dnia. Właśnie w chwilach bólu, rozczarowania, straty często rodzi się głębsza perspektywa. Tam, gdzie brakuje szczęścia, możemy odnaleźć prawdę o sobie i o świecie.
W relacjach także nie chodzi o nieustanne szczęście. Każda miłość, która trwa, wie, że ma w sobie i blask, i cień. Nie chodzi o to, by zawsze się uśmiechać, ale by być razem – także wtedy, gdy życie przynosi deszcz. Romantyzm życia tkwi w tym, że nawet zwykła chwila – spacer w ciszy, spojrzenie w oczy, obecność drugiego człowieka – potrafi dać nam więcej niż wszystkie sztucznie kreowane „momenty szczęścia”.
Psychologia mówi, że ludzie, którzy koncentrują się na wartościach, pasji, relacjach i misji, odczuwają szczęście głębiej i dłużej niż ci, którzy gonią je wprost. Można więc powiedzieć: szczęście to nie cel, ale echo sensu. Pojawia się wtedy, gdy nasze życie płynie w zgodzie z tym, co dla nas najważniejsze.
Nie chodzi więc o to, by codziennie pytać siebie: „Czy jestem szczęśliwy?”. Chodzi raczej o pytanie: „Czy to, co robię, ma znaczenie? Czy w moim życiu jest miejsce na miłość, rozwój, pasję, obecność?” Szczęście przyjdzie i odejdzie – jak fale, które raz obmywają brzeg, a raz się cofają. Ale sens to ocean, który zawsze tam jest.
I może właśnie na tym polega największa mądrość: nie szukać szczęścia jako celu, ale otworzyć się na życie w całej jego pełni. Na chwile słodkie i gorzkie, na dni jasne i mroczne, na lekkość i na ciężar. Bo szczęście jest piękne, ale to sens daje nam powód, by każdego dnia wstać z łóżka, nawet gdy szczęścia akurat brakuje.