Kiedy rozwój osobisty staje się kolejną formą ucieczki

Rozwój osobisty miał być drogą do wolności, głębszego kontaktu ze sobą i życia przeżywanego w większej prawdzie, a jednak coraz częściej staje się subtelną formą oddalenia od tego, co niewygodne, bolesne i autentyczne. Zamiast prowadzić do spotkania z własnym wnętrzem, bywa narzędziem, które pozwala nie patrzeć tam, gdzie naprawdę należałoby skierować wzrok. Łatwo pomylić wzrost z ruchem, zmianę z transformacją, a zajętość sobą z prawdziwą pracą nad sobą. W świecie pełnym kursów, książek, warsztatów i codziennych afirmacji, człowiek może wyglądać na kogoś, kto nieustannie się rozwija, a jednocześnie pozostawać w tym samym miejscu emocjonalnie, relacyjnie i egzystencjalnie.

Wielu ludzi sięga po rozwój osobisty w momencie wewnętrznego napięcia, zagubienia lub zmęczenia życiem, które nie spełnia ich oczekiwań. To naturalny impuls, zdrowy odruch szukania sensu i odpowiedzi. Problem pojawia się wtedy, gdy rozwój przestaje być drogą prowadzącą w głąb, a zaczyna pełnić funkcję opatrunku nakładanego na rany, których nie chce się naprawdę oczyścić. Człowiek uczy się nowych pojęć, modeli myślenia, teorii psychologicznych i duchowych, lecz nie po to, by się z nimi zmierzyć w realnym życiu, lecz po to, by poczuć chwilową ulgę, wrażenie kontroli i przekonanie, że „coś robi”. W ten sposób wiedza staje się schronieniem, a język rozwoju osobistego wygodnym sposobem unikania prawdziwego kontaktu z własnym lękiem, smutkiem, złością czy poczuciem pustki.

Z czasem można zauważyć, że im więcej narzędzi rozwojowych ktoś gromadzi, tym trudniej przychodzi mu zwyczajne bycie sobą w relacji z innymi. Zamiast rozmowy pojawia się analiza, zamiast empatii interpretacja, zamiast przeżywania natychmiastowe nadawanie znaczeń. Emocje są szybko „przepracowywane”, doświadczenia natychmiast „lekcjami”, a cierpienie staje się czymś, co należy jak najszybciej przekształcić w wzrost. W takiej postawie kryje się cichy lęk przed zatrzymaniem się, przed ciszą, przed chwilą, w której nie ma żadnego zadania do wykonania ani kolejnego kroku do zaplanowania. Rozwój osobisty zaczyna wtedy przypominać bieganie po ruchomych schodach, które nigdy nie prowadzą na górę, lecz pozwalają uniknąć stanięcia twarzą w twarz z pytaniem: co naprawdę czuję i czego naprawdę się boję?

Szczególnie zdradliwe jest to, że ta forma ucieczki bywa społecznie nagradzana. Osoba, która czyta dużo książek psychologicznych, mówi o granicach, traumach, intencjach i świadomości, często postrzegana jest jako dojrzała i „ogarnięta”. Tymczasem pod powierzchnią tej narracji może kryć się głębokie odłączenie od własnego ciała, od relacji, od doświadczeń, które nie mieszczą się w żadnej teorii. Zamiast autentycznego życia pojawia się jego konceptualna wersja, uporządkowana, bezpieczna i przewidywalna. Człowiek zaczyna żyć bardziej w opowieści o sobie niż w sobie samym, bardziej w przyszłych wersjach siebie niż w tym, kim jest teraz.

Prawdziwy rozwój niemal zawsze prowadzi przez miejsca, których nie da się kontrolować ani estetyzować. Wymaga zgody na chaos, na okresy braku odpowiedzi, na konfrontację z tym, co nie pasuje do obrazu osoby „pracującej nad sobą”. Czasem oznacza rezygnację z kolejnych narzędzi na rzecz zwykłej obecności, czasem przyznanie się do tego, że nie wszystko da się naprawić, zrozumieć czy przekuć w sukces. Rozwój, który nie pozwala na słabość, jest jedynie kolejną maską, a świadomość, która nie robi miejsca na ból, staje się formą przemocy wobec samego siebie.

Moment, w którym rozwój osobisty przestaje być ucieczką, często nie wygląda spektakularnie. Nie towarzyszy mu nagłe olśnienie ani poczucie, że „w końcu się udało”. Częściej pojawia się jako cicha rezygnacja z ciągłego doskonalenia się na rzecz głębszego spotkania z tym, co niedoskonałe, kruche i ludzkie. To chwila, w której człowiek przestaje pytać, jak być lepszą wersją siebie, a zaczyna pytać, czy potrafi być ze sobą uczciwy, nawet wtedy, gdy nie jest z siebie dumny. W tej przestrzeni rozwój przestaje być projektem, a staje się procesem, który toczy się własnym rytmem, bez presji i bez potrzeby nieustannego udowadniania czegokolwiek.

Być może największym znakiem dojrzałości nie jest ilość przeczytanych książek ani liczba ukończonych kursów, lecz zdolność do pozostania w prawdzie wtedy, gdy nie ma gotowych odpowiedzi. Rozwój osobisty odzyskuje sens wtedy, gdy przestaje chronić przed życiem, a zaczyna pomagać je unieść takim, jakie jest, z całą jego niejednoznacznością, ciężarem i pięknem, którego nie da się zamknąć w żadnym modelu ani obietnicy szybkiej zmiany.