Bóg, którego sobie wymyśliliśmy


Nie przestaliśmy wierzyć.
Tylko coraz częściej wierzymy po swojemu.
Nie w Boga, który mówi: „idź za Mną”, ale w takiego, który kiwa głową i mówi: „rób, jak czujesz”. W Boga, który nie wymaga, nie pyta, nie konfrontuje — tylko przytakuje naszym decyzjom. W Boga, który nie ma już nic wspólnego z Ewangelią, ale bardzo pasuje do naszego stylu życia.


Stworzyliśmy Boga łagodnego, przewidywalnego, niegroźnego. Boga, który błogosławi wszystko, co nas nie boli, i milczy, gdy od Niego odchodzimy. Boga, który jest wygodny, bo nie trzeba przed Nim klękać — wystarczy o Nim od czasu do czasu pomyśleć.
Taki Bóg nie burzy naszego świata. Nie wymaga nawrócenia. Nie przypomina o krzyżu. Ale to nie jest Bóg Ewangelii. To nie jest Bóg, który umarł za nas z miłości.


Pan Jezus nigdy nie był „łatwy”. Nie obiecał komfortu, lecz prawdę. Nie przyszedł, żeby nas pogłaskać, ale żeby nas przemienić. Jego droga nie jest dla perfekcyjnych, tylko dla tych, którzy mają odwagę przyznać się do swojej słabości. I może właśnie dlatego tak trudno dziś być chrześcijaninem — bo prawdziwa wiara nie jest zbudowana z emocji, lecz z decyzji. Z decyzji, że chcę zaufać, nawet gdy nie rozumiem. Że chcę kochać, nawet gdy boli. Że chcę przebaczać, nawet gdy to wbrew logice.


Bycie chrześcijaninem to jak płynąć pod prąd rzeki.
Świat pędzi w dół — w stronę łatwych dróg, uproszczonych prawd, wiary bez wymagań.
A my jesteśmy wezwani, by płynąć w przeciwnym kierunku: w stronę źródła, w stronę prawdy, która nie zawsze jest wygodna, ale zawsze prowadzi do życia. To trudne, męczące, czasem samotne. Bo gdy inni płyną z nurtem i śmieją się, że opierasz się prądowi, ty wiesz, że w górze rzeki jest światło. I że tylko tam można zaczerpnąć czystej wody.


Ale często nie chcemy już płynąć.
Zatrzymujemy się. Zmęczeni, zniechęceni, zbyt zajęci, żeby zauważyć, że dusza wysycha.
Mówimy sobie: „Bóg poczeka, On zrozumie”.
Odkładamy modlitwę na później, spowiedź na święta, sumienie na spokojniejszy czas.
Nie zauważamy, jak powoli tracimy wrażliwość. Jak w nas rośnie ciche, ale śmiertelne duchowe lenistwo. Ono nie krzyczy — tylko usypia. Nie odrzuca Boga — tylko go rozmywa.
Lenistwo duszy nie polega na tym, że przestajemy wierzyć, lecz że przestajemy szukać.


Nie słyszymy Boga w hałasie, który sami tworzymy, by od Niego uciec.
Zagłuszamy ciszę, bo boimy się, co moglibyśmy w niej usłyszeć.
Cisza jest niewygodna, bo w niej nie da się grać żadnej roli.
W niej serce mówi prawdę, a sumienie odzyskuje głos.
Dlatego zagłuszamy ją ekranem, muzyką, rozmową, nawet duchowymi cytatami.
Bo łatwiej mówić o Bogu, niż pozwolić Mu mówić do nas.
A przecież Pan Jezus nie przychodzi w huku, lecz w szeptem serca.
Nie w krzyku, ale w pokoju, który przychodzi, gdy człowiek wreszcie przestaje udawać, że sam wystarczy.


Niedawno odbyłem rozmowę z osobą bardzo bliską mojemu sercu.
Rozmowa była szczera, pełna zaufania — aż do momentu, w którym powiedziałem, że kocham Pana Jezusa.
Wtedy zobaczyłem w jego oczach coś, czego się nie spodziewałem: strach.
Jakbym wypowiedział coś niebezpiecznego, zbyt poważnego, zbyt „religijnego”.
A przecież to nie była deklaracja fanatyka, tylko człowieka, który wreszcie zrozumiał, że bez Niego nic nie ma sensu.


I pomyślałem wtedy, jak bardzo świat odwykł od słów miłości skierowanych do Boga.
Jak bardzo boimy się tego, co święte — bo ono obnaża, jak puste są nasze bożki zrobione z sukcesu, z wygody, z „świętego spokoju”.
Jak często my, Polacy, mówimy o Bogu jak o instytucji — o Kościele, przepisach, zasadach, o tym, kto ma rację, a kto nie.
Ale zapominamy, że Pan Bóg nie jest urzędnikiem ani ideą.
Jest Stwórcą — żywym, obecnym, bliskim. Tym, który nas zna po imieniu, zanim jeszcze sami zrozumiemy, kim jesteśmy.


Traktujemy Go jak system, a nie jak Serce.
Zamieniliśmy relację w rytuał, miłość w obowiązek, a wiarę w tradycję.
I przez to wielu ludzi nigdy naprawdę nie spotkało Boga — spotkali tylko instytucję, w której zabrakło ciepła Jego spojrzenia.
Ale Bóg nie przestaje być Bogiem, nawet jeśli my przestaliśmy Go rozpoznawać.
On wciąż czeka — nie w budynku, ale w człowieku. Nie w formule, ale w ciszy serca, które w końcu się zatrzyma i szczerze powie: „Boże, jestem”.

I wtedy padło pytanie, które wciąż we mnie brzmi:
„Dlaczego właśnie Jezus? Dlaczego uważasz, że to On jest prawdziwym Bogiem?”

Nie dlatego, że tak mnie nauczono.
Nie dlatego, że tak mówi tradycja.
Ale dlatego, że żaden inny Bóg, żadna religia, żadna filozofia nie uczyniła tego, co uczynił On.


Jezus Chrystus to jedyny Bóg, który zstąpił z nieba, aby wziąć na siebie ludzkie cierpienie, a nie tylko o nim mówić.
To jedyny, który nie domaga się ofiar, lecz sam staje się Ofiarą.
To jedyny, który nie żąda przebłagania, lecz sam przebacza.
To jedyny Bóg, który nie pozostaje w symbolu, lecz wchodzi w historię — w ciało, w krew, w nasze codzienne życie.


Nie znam innego Boga, który pozwolił się zranić przez tych, których kochał.
Nie znam innego Boga, który przychodzi nie po to, by wymagać, ale by ratować.
Nie znam innego Boga, który zmartwychwstał — i od tego dnia, do dziś, dotyka ludzkich serc w sposób, którego żadna teoria nie jest w stanie wytłumaczyć.


A mimo to — ilu z nas odrzuca Boga, którego nigdy nie poznało?
Ilu krytykuje, wyśmiewa, podważa — nigdy nie otwierając Ewangelii?
Jak można odrzucić coś, czego się nie poznało? Jak można nie wierzyć w Tego, którego się nigdy nie spotkało?
Odrzucamy Słowo, którego nie słyszeliśmy, i dziwimy się, że żyjemy w ciszy.
Zamykamy Biblię i mówimy, że Bóg nie przemawia.


Kiedy studiowałem psychologię, byłem olśniony filozofią egzystencjalną.
Camus, Sartre, Heidegger, Nietzsche — ich słowa miały ogień, który pociągał.
Wydawało mi się, że to właśnie tam kryje się prawda o człowieku: w rozpaczy, w absurdzie, w buncie.
Ale im głębiej wchodziłem w ich świat, tym bardziej czułem, że to ogień, który nie daje ciepła.
Ich filozofia zaczynała się od człowieka i kończyła na człowieku — a więc zawsze w punkcie bez wyjścia.
To było piękne w języku, lecz puste w treści.
To była inteligentna pustka, doskonale ubrany bezsens.
W pewnym momencie zrozumiałem, że to droga w dół — ku nicości, elegancka, logiczna, ale bez światła.
Można w niej myśleć bez końca, ale nie można się ocalić.
To filozofia, w której człowiek jest wszystkim, dopóki nie poczuje, że nie jest niczym.
To wolność, która kończy się rozpaczą. To światło, które prowadzi donikąd. To bunt, który nie ma już przeciwko komu się buntować.


I wtedy zrozumiałem, że bez Boga człowiek może wszystko zrozumieć — oprócz sensu.
Że prawdziwe światło nie rodzi się w intelekcie, lecz w sercu, które klęka.
I że jedyną filozofią, która daje życie, jest ta wypowiedziana przez Tego, który życie stworzył:
„Ja jestem drogą, prawdą i życiem.” (Ewangelia Jana 14, 6)


Wielu ludzi szuka „energii”, „uniwersalnego dobra”, „światła”, które nie ma imienia.
Ale miłość zawsze ma imię.
I to imię brzmi: Jezus Chrystus.

W Nim wszystko się łączy — Bóg i człowiek, niebo i ziemia, sprawiedliwość i miłosierdzie.
W Nim każdy sens staje się zrozumiały, a każda rana — odkupiona.
Nie dlatego, że życie staje się łatwiejsze, ale dlatego, że już nigdy nie jest puste.

Jezus nie jest jedną z wielu dróg.
On jest Drogą.
Nie jest tylko nauczycielem prawdy.
On jest Prawdą.
Nie pokazuje życia.
On jest Życiem.


I dlatego warto Mu zaufać.
Bo On nie obiecuje, że unikniemy cierpienia — On obiecuje, że nigdy nie będziemy w nim sami.
Nie mówi: „jeśli będziesz idealny, pokocham cię”.
Mówi: „kochałem cię, zanim nauczyłeś się Mnie kochać”.

W świecie, który oferuje tysiące dróg, tylko On prowadzi do Ojca.
Bo tylko On przeszedł przez śmierć — i wrócił, żeby nas po nią przeprowadzić.
To nie religijna deklaracja. To fakt, który zmienił historię i nadal zmienia serca tych, którzy Go spotykają.

Dlatego wierzę.
Nie z przyzwyczajenia, nie ze strachu, ale z wdzięczności.
Bo Pan Jezus jest jedynym Bogiem, który nie mówi: „szukaj Mnie w niebie”, ale „jestem z tobą tu, na ziemi”.
Bogiem, który nie wymaga, byśmy Go rozumieli, ale byśmy Mu pozwolili kochać nas naprawdę.


„Nie przyszedł, by nas ocenić, ale by nas odnaleźć.”
I właśnie dlatego — w świecie pełnym hałasu, lęku i pychy — tylko Jego głos potrafi przywrócić człowiekowi pokój.

Sebastian Jurasz-Cruz